RowerowaWitryna.pl - Bike Web Site
:: RowerowaWitryna.pl :: Bike Web Site :: Le Site du Vélo :: Die Fahrrad-Seite :: Poczta Galeria zdjęć Forum Turystów Kolarzy   
kalendarz imprez szlaki rowerowe kluby rowerowe historia rajdów odznaki turystyczne podstawowe informacje o pttk
   główna » nasze wycieczki » wyprawy rowerowe » 2006 - 2
Wycieczki więcej
Zdjęcia, opisy, mapki ...
wybierz
wycieczkę




  • Wyprawy rowerowe
  • Imprezy turystyczne
  • Parki Narodowe
  • Obiekty krajoznawcze
  • Zamki w Polsce
  • Wyszukiwarka
    Umożliwia wyszukanie informacji na naszych stronach.
    O nas więcej
    Trochę informacji o twórcach witryny i ich rowerach.
  • Puszczykowo
  • Nasze rodzinne strony
  • Poznań
  • O stronie
  • Ostatnie zmiany
  •     20.10.2017
  • Struktura
  • Linki więcej
    Kilka ciekawych i pomocnych odnośników.
    Poczta więcej
    Dane adresowe:
    e-mail >>
    Reklama więcej
    rowery top lista
    Nasza witryna znajduje się na serwerze firmy:
    Wyprawy Rowerowe
    i kilkudniowe wyjazdy, rajdy i zloty


    Rajd Kolarski "Dookoła Polski" - etap VI



    02.08.2006
    środa



    [2006-20]


    Jadę rowerem, po prawej stronie wysokie góry z ostrymi szczytami, po lewej błękitna tafla szumiącego morza. Wspaniałe krajobrazy, cudowne zmęczenie, chwilo trwaj chciałoby się rzec. Nagle słyszę dziwny dźwięk - pum, pum, pum, zatrzymuję się dźwięk nasila się pum, pum, pum. Chcę jechać dalej, ale pum, pum pum jest coraz bliższe, głośniejsze, do tego dochodzi jeszcze przeraźliwy szloch. Góry znikają za mgłą, morze wyparowuje pum, pum, pum jest dookoła mnie...
    Otwieram oczy, przez chwilę zastanawiam się czy to jeszcze sen czy może już rzeczywistość. Leżę chwile, nagle gdzieś z zewnątrz słyszę znajome pum, pum, pum i ten przeraźliwy szloch. A więc to nie sen, rozglądam się po namiocie, obok śpi Juleczka, przeraźliwy szloch jej nie obudził, wytężam wzrok i próbuję odnaleźć Elę, po chwili moje oczy przyzwyczajają się do ciemności i lokalizują siedzącą i nasłuchującą postać. Na ten widok nie mogę się powstrzymać i wybucham śmiechem starając się nie wydobyć z siebie żadnego dźwięku, co mi się nie bardzo udaje. Po dłuższej chwili uspokajam się:
    - Słyszysz to?
    Pyta Ela
    - Słyszę.
    I przypominam sobie swój piękny sen.
    - To chyba obok z namiotu, może trzeba komuś pomóc?
    Mówi Ela.
    Faktycznie obok naszego namiotu rozbili się dzisiaj turyści cykliści z Danii, to chyba z ich namiotu dochodzą te dźwięki. Ja jednak mam wciąż przed oczyma piękne krajobrazy z mojego snu.
    - Miałem piękny sen.
    Mówię.
    Ela myśląc, że zrozumiałem, co mówią Duńczycy ze smutkiem w głosie stwierdza:
    - Poczciwa chłopina, tak sen go poruszył, że teraz szlocha tak straszliwie.
    Tego mi było trzeba znowu wybucham bezgłośnym napadem śmiechu, namiot podskakuje na wszystkie strony, Ela szturcha mnie żebym się uspokoił, w końcu po dłuższej chwili udaje mi się. Wyjaśniam, o co chodziło, przez chwilę nasłuchujemy, szloch jakby ustał, słychać kobietę. Zaczynają rozmawiać, uspokaja się.

    Budzimy się około 8, przygotowujemy się do drogi, jemy śniadanie i zwijamy nasz namiot. Okazuje się, że jest trochę za mały na 3 osoby + bagaże, kiedyś, gdy jeździliśmy jeszcze we 2 był idealny. Musimy pomyśleć o czymś większym na przyszły rok.
    Około 10 z namiotu obok wynurzają się Duńczycy, wymieniamy powitalne hello, na ich twarzach nie widać żadnych oznak nocnych przeżyć.
    Na nas już czas, życzymy im miłego pobytu w Polsce i ruszamy w drogę. Początkowo jedziemy wśród tłumu wczasowiczów zmierzających na plażę, później przeciskamy się między samochodami główną ulicą Międzyzdrojów. Trwają prace wymiany nawierzchni, korek sięga kilku kilometrów, po chwili skręcamy w kierunku pokazowej zagrody żubrów do WPN. Tam niestety też mnóstwo wczasowiczów, z trudem mijamy się na leśnym szlaku. Cały czas delikatnie pod górkę. Po kilku minutach jesteśmy na miejscu. Ela z Julcią idą zobaczyć króla Wolińskiego Parku, ja zostaję przy rowerach. Już po chwili podchodzi starszy Pan z wnukiem, pyta o rowery i cel naszej podróży, interesuje się półrowerem. Rozmawiamy przez moment, opowiada o swoich rowerowych wycieczkach, pokazuje na wnuka dodając, że za leniwy jest na rower, śmiejemy się, że w przyczepce mógłby jechać. Ale wtedy to ja bym nie dał rady myślę sobie spoglądając na dorodnego młodzieńca. Gdy odchodzą mam następnych rozmówców i tak do powrotu dziewczyn. Wskakujemy na rowery i po kilku metrach leśna dróżka staje się zupełnie pusta, jesteśmy tylko my i piękny woliński las. Po kilku kilometrach jesteśmy w Warnowie. Robimy przerwę na drugie śniadanie, już chcemy ruszać dalej, gdy nagle błękitne niebo zaczynają zasłaniać burzowe chmury. Chowamy się na miejscowym przystanku autobusowym i czekamy prawie godzinę. Leje jak z cebra, nad naszymi głowami przelatują błyskawice, blaszany przystanek potęguje odgłosy burzy. Na szczęście tak samo jak niespodziewanie chmury pojawiły się tak samo niespodziewanie odpływają w dal i niebo znowu ma błękitny kolor. Ruszamy dalej w kierunku Domysłowa, po lewej stronie mijamy jezioro Domysłowskie i tuż za miejscowością jezioro Żółwińskie. Polna droga zamienia się w drogę asfaltową. Po kilku kilometrach jesteśmy w Kołczewie. Zastanawiamy się chwilę którędy jechać dalej, ruchliwą drogą nr 102 z Międzyzdrojów do Kołobrzegu czy skręcić w kierunku Chynowa i w Międzywodziu dopiero wjechać na tę drogę. Decydujemy się jechać ruchliwą drogą, żeby szybciej dotrzeć na miejsce. W Dziwnowie szukamy miejsca na nocleg. Jeszcze przed mostem na Dziwnej znajdujemy przyczepy campingowe do wynajęcia. Tym razem namiot trochę sobie odpocznie. Szybko wnosimy nasz turystyczny dobytek do przyczepy i rowerami jedziemy do Dziwnowa. Tam jemy obiad i robimy rundkę po mieście. Wracamy późnym wieczorem, w pobliskim domu służącym za pensjonacik bierzemy kąpiel. Jeszcze przed zaśnięciem oglądam jak Legia Warszawa męczy się z Islandczykami w rundzie wstępnej Ligi Mistrzów. Równo z gwizdkiem sędziego wyłączam telewizor i chyba w tym samym momencie zasypiam. Dziewczyny już śpią od pół godziny, przejechaliśmy 30 km niewiele jak na nasze możliwości, ale musimy teraz brać poprawkę na Juleczkę. Sporo czasu spędzamy na odpoczynkach i zabawach, dzisiaj prawie godzinę spędziliśmy w pokazowej zagrodzie żubrów, a później następną godzinę pod dachem blaszanego przystanku w Warnowie. Jutro następny odcinek naszego rajdu, chcemy zobaczyć Kamień Pomorski i może dotrzeć do Pobierowa.





    03.08.2006
    czwartek



    [2006-21]


    Wstajemy po 8, musimy szybko opuścić przyczepę, bo jest już następna grupa gotowa do zamieszkania. Wynosimy nasze sakwy i zwalniamy przyczepę, świeci piękne słońce, więc śniadanie jemy pod parasolem na dworze. Około 10 jesteśmy na rowerach. Jedziemy przez Dziwnów i Dziwnówek. Tam gdzie można staramy się jechać chodnikiem, ruch na drodze dość spory na chodniku czujemy się bezpieczniej. Dojeżdżamy do Wrzosowa i tam opuszczamy dość ruchliwą drogę. Po chwili jedziemy wzdłuż Zalewu Kamieńskiego momentami oglądając jego rozległą tafle. Polna droga to wznosi się nieznacznie to znowu opada, po lewej stronie rozległe łąki i pola, po prawej zalew. Mijamy Żółcino, opowiadam Eli historię z dzieciństwa, miałem okazję być tutaj kiedyś na miejscowym polu namiotowym z rodzicami. W nadmorskich kurortach nie było już miejsc i ratowaliśmy się znajdując miejsce właśnie w Żółcinie nad Zalewem Kamieńskim. Mijamy jakiś zapuszczony ośrodek wczasowy, to chyba było tutaj, ale pewności nie mam. Rozpadające się domki i trawa po pas. Widać, że nie ma tutaj gospodarza, wszystko dookoła popada w ruinę. Stąd już tylko kawałek do Kamienia Pomorskiego, nagle nasza polna droga kończy się, na szczęście jest ścieżka. Niestety nie możemy już jechać piach jest coraz głębszy, zaczynamy pchać nasze rowery. Dookoła wysoka trzcina ciekaw jestem czy nie będziemy musieli szukać jakiejś innej trasy. Nagle naszym oczom ukazuje się drewniany mostek przerzucony nad małą zatoczką i prowadzący wprost do Kamienia Pomorskiego. Prowadzimy nasze rowery przez mostek, nie chcemy ryzykować jazdy po spróchniałych i połamanych deskach. Pierwsze kroki kierujemy do słynnej kamieńskiej katedry. Przy ławkach przed katedrą ustawiamy rowery, odpoczywamy chwilę popijamy soki. Po chwili Julia widzi wielkiego owczarka niemieckiego, który donośnie szczeka na innego przechodzącego psa. To donośne szczekanie nie zraża jej chce pogłaskać psa, podchodzimy do właściciela który przysiadł obok nas. Okazuje się, że jest Niemcem, znajomym tutejszego burmistrza, od lat organizujący współprace kulturalno-sportową z przygranicznym niemieckim miasteczkiem Torgelow. Bardzo miły i sympatyczny Pan, rozmawiamy chwilę łamaną niemczyzną, Juleczka głaszcze Reksa, bo tak się zwie, dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy o psie i właścicielu. Reks pracuje na przejściu granicznym szukając narkotyków, a obecnie jest na urlopie wraz ze swoim Panem. Niemiecki gość też wypytuje o naszą wyprawę widać, że z zainteresowaniem słucha naszych opowieści. Wymieniamy się adresami a na koniec proszę o pozwolenie na zrobienie zdjęcia. Po chwili odchodzą a my na zmianę zwiedzamy katedrę wraz z jej wspaniałymi organami. Wyjeżdżając z Kamienia Pomorskiego w pobliskiej pizzerii jemy obiad i już posileni i trochę rozleniwieni ruszamy w kierunku Pobierowa. Po kilku kilometrach zjeżdżamy z drogi asfaltowej i pośród rozległych łąk poprzecinanych rowami melioracyjnymi kierujemy się nad Morze Bałtyckie. Udaje nam się zaobserwować dziką zwierzynę obserwującą z kolei nas na rowerach, największą radość z tych obserwacji ma oczywiście Juleczka, wielka miłośniczka zwierząt. Widzimy lisa, sarny i kuropatwy. W jednej z zagubionych pośród łąk miejscowości zaciągamy języka wypytując o dalszą drogę. Niestety tutaj nasza mapa już niewiele może pomóc. Musimy wrócić się kawałek i po 2 kilometrach docieramy w końcu do drogi asfaltowej, jesteśmy przed Sulikowem. Przed miejscowością na poboczu drogi naszym oczom ukazuje się miejsce ozdobione mnóstwem zapalonych zniczy, pośrodku których stoi krzyż, tu pewnie wydarzyła się jakaś tragedia, Juleczka nie daje nam spokoju. Wymyślamy kolejne scenariusze możliwej tragedii a Julcia niczym recenzent odrzuca bądź akceptuje. Przyjmuje wersje z dziećmi bawiącymi się w zbożu i w straszny sposób unicestwionymi przez kombajn. Okropna historia nie daje nam spokoju, Juleczka cały czas dorabia możliwy scenariusz wydarzeń. Po 5 kilometrach w Gostyniu postanawiamy, że nie jedziemy dalej do Pobierowa tylko szukamy noclegu tutaj, jest 17 więc można by jeszcze trochę popedałować, ale tyłki nas bolą po kilku kilometrach przejechanych po betonowych płytach z otworami. Kto jechał ten wie. Szybko znajdujemy nocleg na poddaszu piętrowego domku. Pokój czysty i pachnący, czysta łazienka i wygodne wyrka no i cena niższa niż w Pobierowie. Z właścicielką jemy kolację no i jak bumerang wraca temat napotkanego miejsca ozdobionego krzyżem i lampkami. Historia wyglądała trochę inaczej, nie mniej jednak równie tragicznie. Młoda dziewczyna została zgwałcona i zamordowana przez kolegę z klasy właśnie w tym miejscu, które mijaliśmy. Julci oszczędzamy drastycznych opisów, mimo wszystko w jej małej główce nie może się pomieścić, że jeden człowiek może skrzywdzić tak drugiego człowieka. Po kolacji robimy sobie jeszcze spacer, ale zmęczenie daje o sobie znać. Wracamy do naszego przytulnego pokoju, rowery stoją w stodole pozamykane tylko na nasze zapięcia. Właścicielka uspokaja, że są bezpieczne nie pozostaje mi nic innego jak tylko jej zaufać. Sen przychodzi szybko nie daje nam wrócić do wydarzeń dzisiejszego dnia.





    04.08.2006
    piątek



    [2006-22]


    Bez zbytniego pośpiechu około 10 jesteśmy spakowani i gotowi do drogi. Szybko dojeżdżamy do Pobierowa gdzie przy jednej z budek raczymy się goferkami z bitą śmietaną. Jest jeszcze lot karuzelą i jedziemy dalej. Rejony te znamy dość dobrze, w dzieciństwie zdarzało nam się tu bywać: Rewal, Niechorze, Pogorzelica. W Niechorzu próbujemy dostać się do latarni morskiej, ale tłumy przed kasą skutecznie nas zniechęcają. W Pogorzelicy przystajemy na chwilę, Juleczka idzie pomoczyć nogi. Dzisiaj już nie jest tak upalnie jak wczoraj. Zdaje się, że po upalnym lipcu szykują się jakieś zmiany pogodowe. Z Pogorzelicy kierujemy się na Trzebiatów. Początkowo jedziemy główną drogą w dość sporym ruchu. Spoglądam na mapę i widzę alternatywną trasę prowadzącą bocznymi dróżkami, powinno być nawet krócej. Skręcamy w prawo później w lewo i już jesteśmy sami. Mijamy jakieś zapuszczone sady, przy drodze rosną jeżyny, więc chwile zajadamy się tymi smakołykami. Droga staje się coraz mniej przejezdna, zaczynają się koleiny i trawa do pasa. W pewnym momencie schodzimy z rowerów i zaczynamy je pchać. Jestem ciekaw czy dokądś nas zaprowadzi, mówi się, że każda droga ma swój koniec, może to jest właśnie koniec naszej drogi? Nie poddajemy się i wytrwale brniemy w coraz wyższej trawie. Czarne chmury zbierają się nad naszymi głowami w przenośni i dosłownie. Miało być na skróty a wyszło jak wyszło, ale przynajmniej coś się dzieje, dobre humory nas nie opuszczają. Po jakimś czasie trawa rzednie a zanikająca dróżka zmienia się w polną, ale przejezdną drogę, z ulgą wsiadamy na rowery i jedziemy dalej, nagle naszym oczom ukazuje się grupka kilkunastu wyrostków ubrana w wojskowe moro i uzbrojona w noże i tasaki. Przez głowę przelatują mi różne myśli, spokojnie omijamy grupkę nie robiąc żadnych nerwowych ruchów. Chyba są tak samo zaskoczeni spotkaniem jak my. Omijamy ich i bez słowa jedziemy naprzód, w oddali widać jakieś zabudowania, hura jesteśmy uratowani. Wyjeżdżając na asfalt widzimy znak informujący o terenie wojskowym i zakazującym wjazdu. Patrzymy na siebie ze zdziwieniem, z tamtej strony niczego nie zauważyliśmy, całe szczęście, że wojsko nie organizowało jakiegoś pozorowanego natarcia. Po kilku minutach jedziemy już przez Trzebiatów, przystajemy na rynku jedząc spóźniony obiad, już prawie 18. Musimy zacząć rozglądać się za jakimś noclegiem. Za Trzebiatowem, w Nowielicach Julcia dostrzega stadninę koni, decyzja nie może być inna śpimy tutaj w gospodarstwie agroturystycznym. Warunki znakomite, cena niestety też nie najniższa udaje nam się z właścicielką trochę utargować. Julcia szybko poznaje wnuczkę właścicielki Aque, pół polkę pół włoszkę. Oprowadza nas po posiadłości babci. Jak się okazuje jest córką Andrzeja Paska, polskiego olimpijczyka z Aten we Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego. Pan Andrzej nie wspomina tego występu najlepiej. Problemy z koniem sprawiły, że zajął dość odległe miejsce. W domu podziwiamy całą kolekcję pucharów, medali i dyplomów wywalczonych podczas wieloletniej kariery. Jeśli wszystko się dobrze ułoży jest szansa, że wystąpi również w Pekinie, miejmy nadzieje, że nie tylko wystąpi, ale powalczy o medalowe lokaty.

    Nagłe załamanie pogody powoduje, że w Nowielicach spędzamy 2 dni.




    06.08.2006
    niedziela



    [2006-23]


    Dzisiaj niedziela, niebo zachmurzone od samego rana, gęste deszczowe chmury wiszą nisko. Pada przelotnie. Około 12 korzystamy z chwilowego przejaśnienia i wskakujemy na rowery. Przez Gorzysław, Bieczyno, Karcino, Stary Borek zmierzamy do Kołobrzegu. Na szczęście pogoda poprawia się i do Kołobrzegu wjeżdżamy w promieniach świecącego słońca. Jedziemy przez zatłoczone miasto, przy dworcu kolejowym dobijamy targu z jednym z szukających wczasowiczów właścicielem pensjonatu. Jedziemy we wskazane miejsce rozsakwiamy rowery, szybka kąpiel i mamy jeszcze trochę czasu na przejażdżkę po mieście. Na tle zachodzącego słońca oglądamy pomnik Zaślubin z Morzem. Przysiadamy przy jednej z restauracji i zajadamy się pyszną smażoną pangą. Już po 22 wracamy do naszej noclegowni. Jutro kończymy kolejny etap naszego rowerowego rajdu dookoła Polski, pociągiem wrócimy do Poznania.






    Copyright © 2000-2017 tomso

    31-05-2007 10:02 - 15.9 kb -0.0071 s